Program wakai.exe ver. 0.5.3.0 do słuchania na PC - bez włączenia przeglądarki!



Start / Film Anime / Pokemon: I Choose You! Odgrzewany kotlet? Nie do końca.
Sklep E-NEKO.PL ANIME I MANGA!

Pokemon: I Choose You! Odgrzewany kotlet? Nie do końca.

Pokemon: I Choose You! Odgrzewany kotlet? Nie do końca.
5 (100%) 1 vote

Za niecałe pół roku swoją premierę w Polsce będzie miał film Detective Pikachu i chociaż mam mieszane uczucia, na pewno obejrzę go w kinie. W międzyczasie jednak postanowiłem nadrobić kilka zaległości, które chodziły za mną już od dłuższego czasu.

Jedną z nich było właśnie Pokemon: I Choose You!, wypuszczony w 2017 roku. Film ten rozpoczyna serię – na ten moment – trzech filmów, które stanowią alternatywne rozwinięcie fabuły, którą poznaliśmy w pierwszym sezonie anime. Czerpie ze znanych nam już wydarzeń, odrobinę do nich dopisując lub niekiedy znacznie je zmieniając.

Dwudziesty film Pokemon mieliśmy okazję obejrzeć dwa lata temu, w marcu, na kanale Disney XD, a dzisiaj jest dostępny legalnie na platformie Netflix. Czy twórcy kolejny raz zaserwowali nam miałki film? Czy Ash wreszcie ewoluuje Pikachu? Chętnie odpowiem na te i inne Wasze pytania już za chwilę. Zapraszam na recenzję!

Pokemon: Wybieram cię!

Oto Ash Ketchum, miłośnik dziwnych stworków, nazywanych w tym świecie Pokemonami. Już lada dzień wyruszy w swoją podróż życia, na której końcu znajduje się marzenie chłopca – zostać najlepszym trenerem Pokemonów! Zanim to jednak nastąpi, musi udać się do Profesora Oaka, aby odebrać swojego pierwszego kompana. Do wyboru ma trawiastego Bulbasaura, wodnego Squirtla oraz ognistego Charmandera. Na którego wskaże Ash?

Na żadnego, gdyż w dzień początku swojej wyprawy… Zaspał, a wszystkie wymienione wcześniej Pokemony, zostały już rozdane innym trenerom. Jednak nie oznacza to rezygnacji z marzeń. Profesor ma jeszcze jednego delikwenta – bardzo krnąbrnego, momentami nawet agresywnego. Żółta mysz Pikachu to ostatnie, co mógł wybrać Ash. Nic dziwnego, że ze wszystkich sił postanowił się z nim zaprzyjaźnić.

Młody chłopak wraz ze swoim żółtym kumplem będą musieli stawić czoła nie tylko trudności w budowaniu relacji, ale również stadu rozwścieczonych Spearow, silnym trenerom oraz samemu… Entei! Wszystko to, aby odkryć tajemnice piórka, które pierwszego dnia podróży wypadło legendarnemu ptakowi Ho-Oh.

Najlepszym być naprawdę chcę

Powiem Wam szczerze, że nawet pomimo licznych potknięć, Pokemon: I Choose You! to najlepszy film Pokemon, jaki do tej pory obejrzałem. Naprawdę. Fabuła jest całkiem wciągająca, momentami przekomiczna – aż śmiałem się na głos. Chętnie zobaczyłbym cały pierwszy sezon w takiej konwencji. Pomysł na wprowadzenie alternatywnej fabuły okazał się strzałem w dziesiątkę. W końcu, zamiast miałkiej historii rodem z poprzednich produkcji, dostajemy coś ciekawego. Coś, co chce się oglądać. I w końcu coś, co nie jest aż tak banalnie przewidywalne (ale nie oszukujmy się, to dalej film dla dzieci). Pokemon: Wybieram cię! gra widzowi na nutce nostalgii i z wyłączeniem pewnej sceny – o której potem – robi to delikatnie, a przy zmienia wspomnienia widza w taki sposób, że ten nie czuje, jakby wyrwano mu dzieciństwo.

Zobaczymy tutaj scenę z pierwszego odcinka anime, w której to Ash już na samym początku wpada w tarapaty. Mowa tu o wściekłych ptaszyskach ze wstępu. Niemal jeden do jednego odwzorowano przebieg zdarzeń, oczywiście odpowiednio je unowocześniając graficznie (wyszło świetnie!). Pozbyto się jednak wątku Misty i jej roweru, co moim zdaniem wyszło na plus.

Kolejnymi mrugnięciami do fanów były: złapanie Caterpie, który ostatecznie wyewoluował do Butterfree – i już możecie się domyślać, jak skończono ten wątek, a także spotkanie porzuconego Charmandera. Muszę przyznać, że historia ognistej jaszczurki wypadła znacznie, znacznie lepiej niż w anime. Stworzono sensowną historię trenera, który Charmandera porzucił – przy okazji zmieniając mu imię z Damian na Cross. Wykreowano go na dupka a la Paul, który jest silny i nie rzuca słów na wiatr.

Miło było powspominać odrobinę scen z pierwszego sezonu, nie musząc przy tym oglądać źle starzejącego się anime. Ale byłoby zbyt pięknie, gdyby twórcy nie spaprali kilku spraw.

Świat Pokemon zrozumieć chcę

Nie kłamałem, gdy pisałem, że pomysł alternatywnej rzeczywistości był strzałem w dziesiątkę, ale… Mogło być jeszcze bardziej alternatywnie! Zaczynając od wywalenia głównego bohatera. Wybaczcie, taki mały pstryczek, jak w każdym tekście o Pokemon. Chociaż tym razem Ash nie sprawił, że chciałem go zabić.

Wyciąłbym cały wątek Butterfree – w anime to było fajne, bo widz miał czas, aby jakoś zżyć się z motylkiem. Pokemon: I Choose You! serwuje nam raptem kilka scen z udziałem robaczka i jego ewolucji. Rozwiązania widzę tutaj dwa: wspomniane usunięcie wątku, który jedynie zabiera czas antenowy lub zmienienie zakończenia. Przecież Butterfree wcale nie musiał odlatywać w alternatywnym świecie. Mógł zostać z Ashem… Ale wtedy nie mieliby czym grać na emocjach widza, prawda? Szczególnie tego, który poszedł na film z nostalgii.

Wyobraźcie sobie też, jak piękne byłoby rozwiązanie, gdyby Ash jednak ewoluował Pikachu. Wydarzenie, które chciałby zobaczyć KAŻDY fan Pokemon. Gdyby to miało miejsce, przymknąłbym nawet oko na dalsze akapity.

Nie ważne jak zaczynasz, ważne jak kończysz

Ponadto tak spieprzonego zakończenia nie przebije chyba nawet przegrana milionowy raz liga przez Asha. W momencie, w którym pokuszono się chyba o jakieś nawiązania do pierwszej kinówki, a potem, wyciągając pomysł z dupy, siłą przyjaźni odwrócenie konkretnych wydarzeń miałem ochotę wyłączyć już ten film. To NIE MIAŁO PRAWA tak zadziałać i każdy, kto ma bodaj dwie szare komórki to rozumie. Całe pozytywne wrażenie filmu prysło w jedną sekundę. Wielkie brawa dla panów Yonemury i Shudo. Strzelajcie w stopy dalej, na pewno fani Was zapamiętają.

Wspomniane wydarzenie odbywało się na moment przed zakończeniem. Sama wielka kulminacja też jest strasznie słaba, gdyż trwa moment, dwa zdania i koniec filmu. Jakby twórcy wiedzieli, że po tak spapranym wrażeniu, wszystko jedno jak zakończą film, bo i tak niczego już nie naprawią.

Pokemon: I Choose You! mało tłumaczy widzowi. Ważną rolę odgrywa w nim Marshadow – legendarny Pokemon z siódmej generacji, którego na dobrą sprawę nie znamy. Nie wiemy, kim jest i co tutaj robi (pod koniec bardziej nam rozjaśniają sytuację). Najgorsze jednak, że do ostatecznego starcia nie wiemy, czy jest przyjacielem, czy może wrogiem. Raz stoi posłusznie z boku, nie wtrącając się, żeby po chwili jednak zaatakować. Gdzie tu sens? Możliwe, że przy ponownym seansie Marshadow wypadnie lepiej.

Jako wisienkę na torcie umieszczono w filmie Zespół R. Występują w każdej produkcji tego świata: raz lepiej, raz gorzej. Jednak w Pokemon: I Choose You! ich obecność była zbędna jak nigdy dotąd. Nie mieli ŻADNEJ interakcji z głównymi bohaterami. Ich czas ekranowy to jedynie momenty na losowe wystrzelenie w niebo. Zapytacie więc: po co ich dodano? Nie mam pojęcia.

To przyjaciel twój

Świetnym pomysłem było dodanie nowych, nieznanych wcześniej bohaterów. I chociaż gołym okiem wydać, że są to w pewnym sensie wciąż kalki znanych na kompanów – Misty i Brocka, ale czuć powiew świeżości. Verity i Sorrel to postacie, które miło się ogląda oraz słucha. Zbudowano im również zalążki przeszłości – i muszę Wam powiedzieć, że to, jak zagrali tam na emocjach widza, było piękne. Naprawdę, nigdy bym się tego po Pokemonach nie spodziewał.

Zaskoczeniem okazał się też Ash, któremu wykreowano charakter pasujący do dziesięciolatka. Nie miał okazji, aby strzelić jakąś gafę, typu wystawianie ognistego pokemona na wodnego, ale momentami, zamiast grać nieskazitelnego, białego rycerza – zwyczajnie ponosiły go emocje. Jest scena w filmie, w której Ash wypomnia (!) swojemu Pokemonomi, jego słabość (!). Pomijając przy tym, że to właśnie on sam (Ash) popełnił błąd. Aż zatrzymałem film z wrażenia. To kolejna rzecz, której nigdy bym się nie spodziewał.

Czy Pokemony wyglądały kiedyś lepiej?

Odpowiem od razu: moim zdaniem nie.

Widać na pierwszy rzut oka, że twórcy nie zamierzają iść po linii najmniejszego oporu, a każda kolejna produkcja wygląda coraz lepiej. Wspomnę tutaj dla niedowiarków genialnie prezentujące się Pokemon Sun&Moon, ze swoją oryginalną kreską. Pokemon: I Choose You! nie poszło dokładnie tym schematem, a jedynie połączyło świetną animację z równie świetny, stylem serii XY & Z. Płynność ruchów, reakcji czy też najważniejsze: ataki Pokemonów to miód dla oczu.

Na największy plus zasługuje tutaj design Verity i Sorrela, które spełniają w 100% normy, do jakich przyzwyczaiły nas wspomniane już serie, ale również i gry. Widać, że twórcy poszli w kierunku stylu chibi. Ale to właśnie tak chciałbym widzieć kolejne przygody ze świata Pokemon.

Odstaje trochę Ash, który prezentuj się, jakby powstał kilka lat wcześniej. Zakładam, że nie był to błąd, a znowu – celowe granie na nostalgii. Nie zmienia to faktu, że główny bohatera nie prezentuje się fenomenalnie. Ale przynajmniej go odmłodzili!

Pokemon: I Choose You! – film, który zrobił na mnie wrażenie

W porównaniu do tego wszystkiego, co prezentowali nam dotychczas twórcy, Pokemon: I Choose You! jest najlepszą produkcją z filmowego świata Pokemon. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę, ale naprawdę warto go obejrzeć. Nawet wypisując wady, nie zmieniło się moje podejście do tego dzieła.

Pokemon: Wybieram cię! ma więcej plusów niż minusów. Zdaję sobie sprawę, że można by było go trochę poprawić, popracować na zakończeniem lub zerwać z nostalgią, ale to wciąż coś, co pozytywnie wyróżnia się na tle anime. Jego lekki klimat oddał kwintesencje tego, czym są Pokemony – zwykła przygodą, podróżą. Dokładnie to otrzymaliśmy.

Na ogromny plus zasługuje fakt, że autorzy nie ograniczyli się do Pokemonów pierwszej generacji, a zamiast tego wprowadzili pewną różnorodność. Nie będzie tutaj oczywiście ponad 800 stworków, ale przynajmniej wmieszano trochę generacji czwartej i siódmej.

źródło: www.leniwapopkultura.pl

Sklep E-NEKO.PL ANIME I MANGA!

Check Also

Promare

Nowość! ciekawie zapowiadające się anime pt. „Promare”.

Nowość! ciekawie zapowiadające się anime pt. „Promare”.5 (100%) 1 vote Studio Tigger i XFlag wypuściło …

shares